środa, 30 lipca 2014

Rozdział 17

                                                                                        

                                                                                  ~ Alex ~

                Ból głowy nie przybierał na sile, ale też nie słabł. Z trudem podniosłem powieki. Po odzyskaniu przytomności obchodziła mnie jedynie Olivia. Czy domyśliła się, co się stało? Czy w jej kubku też była trucizna? Mam szczerą nadzieję, że nie.
                Nagle poczułem mocne szarpnięcie. Gdzie ja jestem? Ostrożnie uniosłem głowę. Niebo nade mną miało bladofioletową barwę, zwiastującą zmierzch, zaś ja leżałem na podłodze drewnianego powozu. Ciotka Olivii siedziała na przodzie i z zawzięciem tłumaczyła coś woźnicy.
                - … proszę jechać tą szosą jeszcze jakieś kilkanaście  , a potem zatrzymać się
w pobliżu rzeki. Stamtąd chłopak nigdy nie wróci do domu żywy…
                Zaciskam zęby, żeby opanować wzbierający się we mnie gniew. Co ta kobieta sobie myśli? Otruła mnie, to już wiem. Tylko gdzie, u licha, ona mnie wiezie?! Niestety, nie mam okazji, aby się tego dowiedzieć. Powóz zatrzymuje się, a ciotka Liv odwraca się
w moją stronę. Szybko zamykam oczy i zamieram w bezruchu. Czuję, jak kobieta chwyta mnie za nadgarstki i brutalnie szarpie, próbując zrzucić z wozu. O nie… Moja duma
i instynkt samozachowawczy nie godzą się na takie traktowanie. Alex wraca do żywych.
                Zrywam się na równe nogi, ciągnąc moją trucicielkę za sobą. Słyszę jej krzyk, kiedy boleśnie upada na ziemię, jednak od razu się podnosi i celuje do mnie ze sztucera. Ja odruchowo sięgam ręką za plecy, tam, gdzie powinien znajdować się mój kołczan ze strzałami, lecz moja dłoń trafia na pustkę. Zdziwienie, które odmalowuje się na mojej twarzy sprawia, że ciotka Olivii uśmiecha się triumfalnie.
                 - Jaka szkoda, że twój łuk został w wiosce… Teraz nawet nie masz jak się obronić – powiedziała, po czym skinęła głową woźnicy, który ni stąd, ni zowąd pojawił się za moimi plecami. Ostatnie, co pamiętam, to przeszywający ból, kiedy otrzymałem cios
w głowę i głośny plusk, gdy wpadłem do rzeki. Reszta to tylko niewyraźne urywki świadomości, podczas których usiłowałem wygrać wyścig ze śmiercią.


środa, 9 lipca 2014

Rozdział 16

                                                                   
 
                                                                          ~ Alex ~

              Trzymając ją w żelaznym uścisku, myślałem jedynie o tym, co się mogło wydarzyć i co mogę zrobić, aby poczuła się lepiej. Nie jestem w stanie znieść jej łez. Ta bezradność, kiedy ona z płaczem wpada mi w ramiona, a ja nie mam pojęcia, jak jej pomóc. To jest nie do wytrzymania. I te jej słowa "To się skończy o wiele gorzej, niż myślisz". Cokolwiek się zdarzyło, musiało nią mocno wstrząsnąć. Pogłaskałem ją delikatnie po policzku.
               - Zdradź mi, proszę, co się stało - poprosiłem cicho. Pokręciła przecząco głową.
               - Nie mogę - odparła ledwie słyszalnym szeptem. Zacisnąłem usta. Jak ja mam coś zrobić, kiedy nawet nie wiem, co ją doprowadziło do takiego stanu?
               - Chociaż daj mi jakąś wskazówkę.
               - Uciekamy.
               To słowo zawisło między nami w powietrzu. Przez chwilę oboje milczeliśmy, a potem Liv pociągnęła nosem. Nie ma co się zastanawiać, musimy działać.
               - Kiedy? - spytałem tylko, a twarz dziewczyny rozjaśniła się w znajomym uśmiechu, który tak uwielbiam.
               - O świcie - odpowiedziała.
               - Dobrze. Ale nie możemy tak po prostu zniknąć. Chodźmy powiedzieć twojej mamie "dobranoc", zamiast się żegnać. Niech będzie tak, jakby ktoś nas porwał. Co ty na to? - Liv przytaknęła i z trudem podniosła się z ziemi.
               - Pokłóciłam się z matką - wypaliła, gdy otwierałem drzwi stodoły. Zatrzymałem się w pół kroku.
               - O co poszło? - zapytałem. Nerwowe przechodzenie z nogi na nogę uświadomiło mi, że nie była to dla niej łatwa kłótnia. Chciałem wziąć ją za rękę, ale ona odsunęła się bez słowa, jakby wolała na mnie teraz nawet nie patrzeć.
               - O nic - mruknęła wymijająco. - Miejmy to już za sobą - powiedziała, po czym opuściła stodołę. Moje zmysły natychmiast się wyostrzyły, jak zawsze, kiedy wyczuwam, że dzieje się coś niedobrego.
               Na zewnątrz zaczęło kropić, narzuciłem więc kaptur na głowę i dogoniłem Olivię przy drzwiach. Ona nie zwracała uwagi na deszcz. Wzięła głęboki oddech i weszła do domu, a ja cicho podążyłem za nią. Nagle gwałtownie stanęła, przez co mało na nią nie wpadłem.
               - Co, u licha... - zacząłem, ale natychmiast zamilkłem, kiedy mój wzrok zatrzymał się na postaciach stojących przy palenisku. Odruchowo ścisnąłem Liv za rękę, tym razem nie protestowała.
               - Olivia? Nie zgadniesz, kto nas odwiedził! - powiedziała jej matka, wyraźnie przesłodzonym głosem. Wyczułem, jak Liv cała się spina i lekko cofa do tyłu, jakby miała zamiar uciec.
               - Nie daj się zastraszyć. Pokaż jej, że jesteś ponad to - szepnąłem jej do ucha. Ledwo zauważalnie skinęła głową. Ostrożnie weszliśmy do izby, zatrzymując się zaraz na progu. Kobieta, której unikałem przez ostatnie trzy lata, właśnie stoi niecałe dwa metry ode mnie. Już rozumiem zdenerwowanie Olivii. Mój oddech przyspiesza, a ciało napręża się, gotowe do ucieczki w każdej chwili. Mimo to, nie daję niczego po sobie poznać. Unoszę głowę nieco wyżej i ściągam kaptur. Pora zastosować się do własnej rady.
               - Ciociu... Cóż za miła... niespodzianka - mówi Olivia drżącym głosem. Nie wiem, co się wydarzyło podczas jej wizyty u ciotki, ale ten pobyt chyba nie należał do przyjemnych. Ciotka Liv wykrzywiła usta w uśmiechu, a na mój widok, niemalże zakrztusiła się powietrzem. Wcale jej się nie dziwię - chłopak, którego próbowała zabić tysiące razy, teraz sam wpadł jej w ręce. Zdziwiłbym się, gdyby przepuściła taką okazję.
               - Olivio, jak się cieszę, że cię widzę! Nie wiem, co cię skłoniło do opuszczenia moich skromnych progów, ale wierzę, że nie stało się nic złego - kobieta podeszła i przytuliła Liv, a ja jak oparzony odskoczyłem na drugi koniec pomieszczenia.
               - Jak widzę, przyprowadziłaś ze sobą kolegę... - kontynuowała ciotka, mierząc mnie wzrokiem. Rozpoznała mnie, to pewne. Teraz tylko muszę odkryć, co kombinuje i zapobiec temu, zanim komuś stanie się krzywda.
               - Nazywam się Alexander - powiedziałem, prostując się dumnie. Niech zobaczy, że mnie też dobrze wychowano. Matka Olivii podała jej kubek z sokiem, a po chwili ciotka dziewczyny wcisnęła taki sam w moje ręce.
               - A więc, Alexandrze, skąd jesteś? - spytała, siadając przy stole wraz z matką Olivii.
               - Nie muszę udzielać pani takich informacji, jednakże ponieważ nie wypada nie odpowiedzieć, powiem, że mieszkam w bardzo ładnym miejscu, do którego trasę znam tylko ja.
               - Mieszkasz w wiosce? Czy może... w lesie? - to pytanie sprawiło, że moja czujność wzrosła. Podniosłem kubek do ust i upiłem łyk. Napój miał czerwono-fioletową barwę i słodkawy smak. Pewnie sok z jakiś leśnych owoców. Chociaż nie przypominam sobie, żeby jeżyny czy poziomki tak smakowały...
               - W lesie - odpowiadam bezmyślnie i niemal natychmiast gryzę się w język. Co ja gadam? Ona nie może się dowiedzieć, gdzie mieszkam.
               - Ach, las o tej porze roku jest przepiękny, nieprawdaż? Daleko masz do strumienia, drogi chłopcze? - pyta ponownie, a ja biorę kolejny łyk soku, żeby uciszyć tą palącą suchość w ustach.
               - Nie, dość blisko. Kilkanaście metrów - mówię, patrząc na siedzącą przy stole kobietę. Czuję, jak stojąca przy mnie Liv kopie mnie w kostkę. O co jej chodzi? I czemu tak kręci mi się w głowie? Chwieję się na nogach, przez co Olivia od razu łapie mnie za ramię. Coś do mnie mówi, nie wiem co. Tracę kontakt z rzeczywistością. Ostatni przebłysk świadomości, zanim ból głowy i mroczki przed oczami całkowicie mną zawładną. Ten sok... Dziwny kolor i smak... To trucizna! Prawda uderza mnie z taką siłą, że prawie się przewracam, kubek wypada mi z dłoni i rozbija się o ziemię. Oczy rozszerzają mi się w wyrazie skrajnego przerażenia. Ta kobieta. Wiedziałem, że ta jej uprzejmość to tylko przykrywka! Muszę ostrzec Olivię, zanim będzie za późno, muszę...
               - Alex! - głos Liv dociera do mnie, jak przez mgłę. To ostatni dźwięk, który słyszę, zanim upadam na podłogę. Ciemność zalewa mi oczy. No to koniec.



                                                                        ~ Liv ~

                - Alex! - krzyczę, kiedy chłopak upada na ziemię. Nie reaguje. Matka odciąga mnie za ramiona, delikatnie, ale stanowczo.
                - Idź do naszej izby, przynieś mu coś pod głowę - nakazuje. Z wahaniem oddalam się od Alex'a. Nie chcę go zostawiać, ale chyba lepiej mu będzie, gdy się położy. Może źle się poczuł? Ale nie.. to do niego nie podobne. I wtedy do mnie dociera. Przyjazd ciotki. Uśmiech matki, kiedy podawała mi kubek z sokiem. I błysk strachu w oczach Alex'a na sekundę przed upadkiem. Czuję, jak krew odpływa mi z twarzy. Otruła go. Moja ciotka go otruła, a matka o tym wiedziała. Zanim zdążyłam się odwrócić i pobiec z powrotem do głównej izby, drzwi zatrzasnęły się przede mną. Słyszę trzask klucza, kiedy matka zamyka pokój na klucz.
                - Wypuśćcie mnie! - krzyczę, ale to nie pomaga. Po chwili słyszę, jak mama rozmawia z ciotką.
                - ... co ty mu wrzuciłaś do tego soku?
                - Ach, Lindo. Nic, czego nie dałoby się wyleczyć. Ale muszę przyznać, udał mi się ten napój. To był wyciąg z wilczych jagód, tojadu i cykuty. Wspaniała mieszanka. Tylko czekałam, żeby wreszcie go użyć.
                - Jakie mogą być powikłania?
                - Najpierw pojawia się ból głowy i lekkie halucynacje. Potem zaczyna się światłowstręt i utrata przytomności. Końcowy etap to znieczulenie na ból i dotyk, a także porażenie układu oddechowego. Chłopak może mieć problem z oddychaniem.
                Usłyszałam, jak moja mama ze świstem wciąga powietrze.
                - Cóż, to chyba dobrze, że nie będzie już niepokoił mojej córki...
                - Masz rację. Jak tylko się go pozbędę, twoja córka będzie bezpieczna.
                Co?! Jak ona zamierza się go pozbyć?! Muszę stąd wyjść, natychmiast.
                - Mamo! Mamo, wypuść mnie, błagam! - krzyczę, lecz bez skutku. Walę pięściami w drzwi, też nic. Słyszę, jak powóz ciotki odjeżdża z naszego podwórza. Serce bije mi coraz szybciej, jeśli teraz czegoś nie wymyślę, będzie po nim. Alex... Jak mogłam być tak głupia...
                Szybko zmieniam sukienkę z zielonej na jasnoniebieską i zarzucam na siebie ciemnozieloną pelerynę. Otwieram okno, po czym wyskakuję do ogródka. Nie żegnam się z matką. Nie chcę. To już nie jest mój dom. Być może nigdy nim nie był. Odbijam się od ziemi i przeskakuję niewielki płotek, oddzielający naszą chatę od lasu. Nie patrzę za siebie. Zawracam do stodoły, aby wziąć łuk i kołczan Alex'a, a następnie biegnę przez kamienny mostek, w przeciwnym kierunku, niż dom chłopaka w lesie. Tam mogą mnie znaleźć. Ale wiem, gdzie mnie nie znajdą. Jak tylko uda mi się odnaleźć Alex'a, zabiorę go w tamto miejsce.
                Znajdę cię, Alexandrze. Obiecuję.

sobota, 5 lipca 2014

Rozdział 15

             

            Przez chwilę po prostu stałam i czekałam na reakcję mamy, a potem odetchnęłam z ulgą, gdy w przyjaznym geście wyciągnęła dłoń do Alex'a.
             - Jestem Linda. Dziękuję ci za uratowanie mojej córki.
             - To nic takiego, naprawdę - powiedział Alex, uśmiechając się lekko.
             - Mamo - wtrąciłam się. - Czy miałabyś coś przeciwko temu, aby mój przyjaciel został tu przez jakiś czas?
             - Nie, kochanie. Myślę, że może zostać, o ile nie będzie sprawiał problemów.
             - Dziękuję - powiedziałam po prostu, po czym pociągnęłam Alex'a za sobą na podwórze.
             - Twoja mama jest bardzo miła - stwierdził. gdy tylko znaleźliśmy się na osobności.
             - Tak. Aż do teraz nie wiedziałam, jak bardzo mi jej brakowało.
             - Cóż.. Ty przynajmniej masz za kim tęsknić - mruknął, zostawiając mnie w tyle. Dogoniłam go przy wejściu do stodoły.
             - Twoi rodzice bardzo cię kochali...
             - Mówisz, jakbyś twierdziła, że nie żyją! - warknął na mnie, na co zamrugałam zaskoczona.
             - Po części mam rację. Wiesz o tym - chłopak skinął głową.
             - Zostawmy ten temat. Nie ma po co roztrząsać przeszłości, jej nie zmienimy. Chodź, pokaż mi to twoje wyimaginowane królestwo - mrugnął do mnie, a ja otworzyłam przed nim stare drewniane drzwi.

             Stanęliśmy pośrodku niewielkiej stodoły, której jedyną zawartość stanowiła góra siana i narzędzia do pracy w polu, oraz grube drewniane belki, podtrzymujące strop.
             - Całkiem tu... przytulnie - wyjąkał Alex, wyraźnie zmieszany.

             - Hahah, żartujesz? Tu nie ma nic prócz siana! - roześmiałam się.
             - Pewna dziewczyna powiedziała mi kiedyś, że czasem wystarczy tylko siano i trochę wyobraźni, aby dobrze się bawić. - Zdumiona spojrzałam na chłopaka. W ten sposób opisałam mu moje życie na wsi, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Cieszyłam się, że to zapamiętał.

             - Myślisz, że miała rację? - zapytałam. Alex spojrzał na mnie z błyskiem w oczach.
             - Nie wiem, ale chętnie się o tym przekonam - powiedział, popychając mnie na siano. Śmiejąc się, zaczęliśmy kotłować się po całej stodole, rozrzucając je na wszystkie strony.
             - Przestań, przestań! - piszczałam, kiedy chłopak odkrył, że mam łaskotki i postanowił to sprytnie wykorzystać.
             - A co z tego będę miał, że przestanę?
             - Moją dozgonną wdzięczność - mruknęłam i znów wybuchnęłam śmiechem. Alex chyba nie zamierzał zakończyć moich tortur.
             Jakiś czas później leżeliśmy obok siebie na sianie, w milczeniu wpatrując się w sklepienie stodoły.
             - Co się dzieje, Liv? - spytał Alex, podpierając się na łokciu, żeby spojrzeć mi w oczy. Westchnęłam.
             - Nic. A co się ma dziać?
             - Przecież widzę. Masz smutne oczy.
             - Nieprawda.
             - Nie kłóć się ze mną. Wiem, co widzę. Brakuje w nich tego blasku - rzekł, marszcząc delikatnie brwi. - Nie ma go, odkąd tutaj jesteśmy.
             - Pewnie masz rację - odparłam.
             - Powiesz mi, co cię gnębi? - pokręciłam bezradnie głową.
             - To nie takie proste...
             - Nic w życiu nie jest proste. Gdyby tak było, ludzie szybko by się tym znudzili. A przecież o to chodzi, żeby rozwiązywać zagadki, odkrywać nowe horyzonty, stawiać czoła przeciwnościom losu. Bez tego byłoby nudno.
             - Jak zwykle mówisz od rzeczy, Alexandrze.
             - Lubię, kiedy używasz mojego imienia. W twoich ustach brzmi tak inaczej.
             - To znaczy jak?
             - Nie wiem. Po prostu ładnie. Podoba mi się - chłopak uśmiechnął się ciepło, przez co odrobinę się rozluźniłam.
             - A więc chciałeś wiedzieć, co mnie gnębi, tak?
             - Dokładnie. Zamieniam się w słuch.
             - Jakoś nie mogę dopuścić do siebie myśli, że to już koniec. Że nie zobaczę więcej wschodu słońca, ani stada jeleni tuż przed moim nosem, ani śladów wilków wokół drzew. Nie chcę, żeby to się tak skończyło, rozumiesz? - spytałam, łamiącym się głosem. Alex w zamyśleniu skinął głową. I chociaż był teraz przy mnie, tuż obok, czułam, że myślami jest daleko stąd. Tam, gdzie ja chciałam się znaleźć razem z nim, ale rzeczywistość zbyt mocno trzymała mnie w swoich szponach.
            - Olivio, chodźcie na kolację! - głos mamy przerwał moje rozmyślania.
            - Idziemy! - odkrzyknęłam, po czym podniosłam się z siana.
            - To się nie musi tak skończyć - drgnęłam na dźwięk tych słów. Spojrzałam na Alex'a, nie rozumiejąc.
            - Mówię o twoim zmartwieniu. To się nie musi tak skończyć - powtórzył.
            - Ehh. Później o tym pomyślimy, teraz chodźmy do domu - kiedy to powiedziałam, uświadomiłam sobie, jak dziwnie to zabrzmiało. Alex chyba wyczuł, że coś jest nie tak, bo zapytał:
            - Kiedyś słowo "dom" oznaczało zupełnie co innego, prawda?
            - Tak. Kiedyś była nim ta chatka po drugiej stronie podwórka.
            - A teraz?
            - Teraz wiesz, co nim jest.
            - Chodź tu - mruknął, obejmując mnie delikatnie. Po chwili wypuścił mnie z objęć i wziął za rękę. Odruchowo się wyrwałam.
            - Przestań, jeszcze mama zauważy.
            - Aż tak się tym przejmujesz? Wcześniej ci to nie przeszkadzało.
            - Chodźmy na tą kolację - odparłam, ignorując jego słowa. Ramię w ramię przeszliśmy przez podwórko i weszliśmy do niewielkiego pomieszczenia, z paleniskiem pośrodku i malutkim stołem pod oknem. Przy stole stały dwa drewniane stołki oraz miski z parującą zupą w środku.
            - Smacznego - powiedziała moja mama, podając nam łyżki. Jej chłodne spojrzenie i obojętny ton głosu skutecznie odebrały mi apetyt. Z niesmakiem popatrzyłam na posiłek, za który jeszcze kilka tygodni temu dałabym się pokroić. Teraz nie mogłam nawet usiedzieć przy stole.
           - Wszystko w porządku? - zapytał Alex, gdy tylko moja mama opuściła chatę. Pokręciłam głową.
           - Ja się zmieniłam, Alex. Czuję to.
           - Zauważyłem. Ale nie skreślaj tak od razu swojej mamy. Kiedyś może ci jej bardzo brakować, ale wtedy nie cofniesz już czasu. Niektórych rzeczy nie da się odwrócić - powiedział, patrząc mi w oczy. W jego własnych dostrzegłam smutek i ból, który miał nigdy z nich nie zniknąć.
          - Dobrze - odpowiedziałam, biorąc łyżkę do ręki. Z trudem wmusiłam w siebie przygotowaną przez mamę zupę i pospiesznie wstałam od stołu.
          Po kolacji poszłam poszukać mamy, a gdy wróciłam, Alex'a nigdzie nie było. Podobnie, jak jego łuku i strzał. Uśmiechnęłam się pod nosem, na myśl, że jednak zjem dzisiaj trochę świeżego mięsa.
          - Ten cały Alex... Jak się poznaliście? - spytała mama, kiedy usiadłyśmy razem przy stole.
          - Dość... nietypowo. Idąc przez las, zostałam napadnięta. Zbóje zapędzili mnie w kozi róg, a ja nie miałam się czym obronić. I wtedy on skoczył z góry, niczym Duch Nocy, w czarnej pelerynie, z łukiem w ręku, by uratować mnie przed niechybną śmiercią.
          - Jak mu się to udało?
          - Nieważne, po prostu on... - nie chciałam, żeby mama pomyślała o nim coś złego, niestety jej następne słowa tylko potwierdziły moje obawy.
          - Zabił ich? - po chwili ciszy pokiwałam głową.
          - Tak - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Nie wszystkich, ale jednego na pewno - mama poruszyła się niespokojnie.
          - I co dalej? - spytała, a ja z ulgą wypuściłam powietrze.
          - Ponieważ byłam ranna, zaniósł mnie do swojego domu. Opatrzył mi rany i zaopiekował się mną. Rano pomógł mi trafić pod dom ciotki.
          - A co on robi tutaj, jeśli mogę spytać? Z twoich zeznań wynika, że jest to wprawny morderca, a ty bez skrupułów przyprowadzasz go do mojego domu! - nacisk, który położyła na swoje "mojego" sprawił, że poczułam nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie tak miało to wyglądać.
          - Do twojego domu, tak?! Jestem twoją córką, więc to także mój dom! - warknęłam, gotowa do kłótni.
          - Moja córka nigdy nie prowadzałaby się z takim oprychem, jak ten, którego tu sprowadziłaś! - te słowa przeważyły szalę. Zacisnęłam zęby, po czym gwałtownym ruchem odsunęłam się od stołu. Byłam wściekła.
          - Tak sądzisz? Dobrze. W takim razie, ja śpię dzisiaj w stodole.
          - Nie ma mowy - powiedziała mama, zagradzając mi przejście.
          - Nie zabronisz mi.
          - Zabronię. Póki mieszkasz pod moim dachem, musisz się mnie słuchać.
          - Och, więc jednak jestem twoją córką?
          - To niedorzeczność, nigdzie nie idziesz.
          - Spróbuj mnie zatrzymać... - syknęłam, przeszywając ją lodowatym spojrzeniem. Chwila wahania wystarczyła, żebym przemknęła pod jej ramieniem i wybiegła na podwórze. Matka ruszyła za mną.
          - Olivio, wracaj natychmiast! Nie zamierzam dłużej tolerować takiego zachowania! - krzyczała, stojąc na progu. "Nawet nie próbowała mnie dogonić..." pomyślałam ze smutkiem, biegnąc w stronę stodoły.
         Trzasnęłam drewnianymi drzwiami i zaszyłam się w najdalszym kącie pomieszczenia, za dużą stertą siana. Łzy spływały mi po policzkach, a ciałem wstrząsał szloch. Nie mogłam uwierzyć, że mama była w stanie zrobić mi coś takiego. Alex nie jest mordercą. Nie pozwolę, żeby tak myślała. Niestety, teraz już za późno. W momencie, kiedy uświadomiłam sobie, że to miejsce już nigdy nie będzie moim domem, usłyszałam ciche skrzypnięcie drzwi. Gdy zobaczyłam znajomy kształt postaci w czarnej pelerynie, wchodzący do środka, wstrzymałam oddech. Alex, ujrzawszy mnie skuloną na sianie, w pół sekundy był obok. Łuk i kołczan odłożył na ziemię, a mnie mocno przytulił. Wziąwszy głęboki oddech, podniosłam głowę i popatrzyłam mu w oczy, a potem powiedziałam coś, co rozwiało wszelkie wątpliwości.
          - Masz rację. To się nie musi tak skończyć. To się skończy o wiele gorzej, niż myślisz.

-------------------------------------------------------------------------
Cześć wszystkim! ;) Znowu takie wielkie sorry, że tyle nie dodawałam, ale jak zwykle nie było kiedy ;/ Teraz są wakacje, więc postaram się, aby rozdziały pojawiały się częściej. :) Mam nadzieję, że ten Wam się spodoba. Mi osobiście w niektórych momentach chciało się płakać :( Ach ta Olivia... Czy jej problemy kiedyś się skończą? :D Miłego czytania i czekam na szczere komentarze! :* /P.

sobota, 15 marca 2014

Rozdział 14


                  Przez chwilę po prostu stałam i patrzyłam na znajome chaty w osadzie pod lasem. Nieco dalej, na wzgórzu widać było zarys miasteczka. Kiedy opuszczałam to miejsce, chciałam jak najszybciej tu wrócić. Ale teraz? Po tym wszystkim, co przeżyłam, po tych cudownych chwilach, spędzonych z Alex'em? Nie. Teraz najchętniej ukryłabym się z powrotem w bezpiecznym lesie, gdzie nikt by mnie nie znalazł. Wcześniej bałam się lasu. Może dlatego, że mama ciągle przestrzegała mnie przed dzikimi zwierzętami i zbójcami, którzy napadają ludzi, idących przez las. Gdyby tylko wiedziała, ile gorszych rzeczy przeżyłam podczas tej wyprawy, chyba już nigdy nie wypuściłaby mnie z domu. Tak czy inaczej, teraz musiałam stawić czoła swoim obawom i wrócić do dawnego życia.
                - Wszystko w porządku? - głos Alex'a wyrwał mnie z zamyślenia. Niepewnie skinęłam głową.
                - Tak, ja tylko... Nie chcę dopuścić do siebie faktu, że to już koniec - powiedziałam cicho drżącym głosem. Niemal od razu poczułam, jak silne palce chłopaka splatają się z moimi. Ten prosty gest dodał mi odwagi. Cieszyłam się, że Alex tu był. Przy nim nie bałam się być sobą.
                - Chodźmy. Twoja mama nie będzie czekać wiecznie, aż przyniesiesz jej te książki - powiedział, po czym pociągnął mnie w stronę osady.
                - To ta chata po lewej, ze stodołą. I małym ogródkiem z przodu.
                - Całkiem ładna - stwierdził Alex.
                - Na lepszą nas nie stać - odparłam.
                - Obiecuję, że jeszcze kiedyś zamieszkasz w ładnym domu.
                - Składasz za dużo obietnic.
                - Ale ich dotrzymuję.
                - Masz rację - uśmiechnęłam się.
                Gdy chwilę później stanęliśmy na progu mojej chaty, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zachwiałam się, na szczęście Alex mnie przytrzymał.
                - Hej, spokojnie. Wszystko będzie dobrze. Nie opuszczę cię ani na krok.
                - Nie o to chodzi. Nie boję się spotkania z mamą, lecz tego, że teraz wszystko będzie takie... zwyczajne.
                - Dasz radę. Pomogę ci.
                - Dziękuję, że tu jesteś, Alex. Gdyby nie ty, już dawno uciekłabym w las.
                - Aż tak ci się tam spodobało? - chłopak uniósł brwi w zdziwieniu.
                - Zawsze marzyłam o przygodzie. A teraz, kiedy muszę się z nią pożegnać
i otworzyć drzwi normalności, jakoś nie mogę się na to zdobyć.
                - W takim razie, ja zrobię to za ciebie - powiedział Alex, otwierając drzwi. Przez moment zupełnie zapomniałam jak się oddycha. Czułam się jak jakaś dzikuska z puszczy, która znalazła się w nieodpowiednim środowisku. Nagle z sieni dobiegł mnie głos mamy, a ja zastygłam w miejscu. Dopiero gdy Alex wcisnął mi na ramię torbę z książkami, lekko oprzytomniałam.
                - Idź. Będę zaraz za tobą - szepnął, popychając mnie do przodu.
                - Olivia? Córeczko? - głos mamy przywrócił mnie do rzeczywistości. Szybkim krokiem przeszłam do kuchni. Mama stała przy palenisku i gotowała w garnku jakąś zieleninę. Skrzywiłam się lekko. Prawie zapomniałam, jak to jest żywić się samą wodą i warzywami, bądź co bądź, przez ostatnie cztery dni jadłam głównie zwierzęce mięso, w dodatku dość dobrze przyprawione.
                - Cześć, mamo... - mruknęłam, podając jej torbę z książkami. Położyła ją na stole, a następnie mocno mnie przytuliła. W porównaniu z Alex'em, jej ramiona były szczupłe
i kościste, jego – ciepłe i silne.
               - Olivio, martwiłam się o ciebie. Jak to dobrze, że wróciłaś cała i zdrowa.
               - Tak, no więc, nie wróciłabym pewnie wcale, gdyby ktoś dwukrotnie nie uratował mi życia.
               - Chryste Panie! Co się stało? Kto cię zaatakował? Jakieś zwierzę? A może leśny zbir?
               - Szczerze powiedziawszy, trafiłaś w oba – przyznałam, krzywiąc się na wspomnienie trzech bandytów, goniących mnie po lesie. Usłyszałam, jak mama ze świstem wciąga powietrze.
               - Mogłaś zginąć! Co ja sobie myślałam, puszczając cię samą po te książki…
               - Że jestem na tyle duża i odpowiedzialna, że potrafię o siebie zadbać? – podsunęłam, chcąc uspokoić mamę.
               - Najwyraźniej się myliłam. No, ale nieważne. A zatem, kimże jest ten twój wybawca? – zapytała. Kątem oka dostrzegłam, jak ni stąd, ni zowąd, za mamą pojawia się Alex. Na dźwięk jego głosu zamarła w bezruchu, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.
               - Nazywam się Alexander. Bardzo mi miło panią poznać.            

wtorek, 11 lutego 2014

Rozdział 13

              

            Minęło parę chwil, zanim dotarło do mnie, co Alex właśnie powiedział. Zamrugałam zaskoczona. To chyba sen. Jakim cudem on mnie tu znalazł? I po co w ogóle przyszedł?
              - Och - wyrwało mi się. - Wcale nie musiałeś jej dotrzymywać - powiedziałam, mając na myśli przysięgę.
              - Musiałem. To chyba logiczne, że troszczę się o osobę, na której mi zależy.
              - A więc jednak.
              - Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej. Mówiłem, że "może mi nie zależy", co nie oznacza, że to prawda. Zresztą, czy gdyby mi nie zależało, byłbym tutaj?
              - Gdyby ci zależało, nie pozwoliłbyś mi odejść - mruknęłam cicho. Alex pokręcił głową z poirytowaniem.
              - Posłuchaj... Powiedziałem ci, że jutro odprowadzę cię do domu. Pożegnamy się i każde wróci do swojego dawnego życia. Ale kiedy zobaczyłem ten smutek na twojej twarzy... A potem ta sprzeczka... Naprawdę, nie lubię i nie chcę się z tobą kłócić, boli mnie, gdy widzę, jak odsuwasz się ode mnie z każdym słowem. Dlatego kiedy powiedziałaś, że odejdziesz, coś mi zaświtało. Może jest sposób, żeby obyło się bez tych żałosnych pożegnań. Z tą myślą odsunąłem ci się z drogi. Wiem, co sobie wtedy myślałaś. Nie zależy mu, jaki on głupi, jak on mógł... Tak. Doskonale cię rozumiem. Tylko, że ja nigdy nie zrobiłbym ci czegoś takiego, gdybym nie miał powodu. Kiedy tylko się odwróciłaś, puściłem się biegiem w stronę domu, najciszej, jak dałem radę. Wiedziałem, że nie masz dokąd pójść i nie znasz drogi, więc łatwo mi będzie cię odnaleźć. Poza tym, zapomniałaś czegoś - dodał, podając mi torbę mojej ciotki.
               - Książki. Fakt, całkiem o nich zapomniałam. Wydają mi się takie nic nie warte, po tych wszystkich wydarzeniach.
               - Może i tak, ale twoja mama nie byłaby zbyt szczęśliwa, gdybyś wróciła bez nich, prawda?
               - Masz rację. Ale dalej cię nie rozumiem. Czy przez tę plątaninę zdań, chciałeś mi powiedzieć, że to wszystko było celowe?
               - Tak... Miło, że wreszcie na to wpadłaś.
               - Ale... To bez sensu.
               - Wcale nie. Pomyśl, czy gdybym obudził cię rano i powiedział, że musimy iść, zgodziłabyś się? Pewnie tak, ale zanim byśmy wyszli, ty jeszcze trzy razy przeszłabyś po domu, żeby dobrze go zapamiętać, rozpłakałabyś się, ja musiałbym cię pocieszać, jakby nie wystarczał mi żal, że muszę cię zostawić. A tak, ty, chcąc udowodnić sobie nie wiem co, poszłaś sama w środku nocy, beze mnie, oddalając się od znanych terenów tak bardzo, że powrót do chatki zająłby ci co najmniej godzinę. Tym sposobem, ja zawróciłem, wziąłem ci książki, trochę jedzenia i ruszyłem twoim śladem, który zresztą odnalazłem bez trudu, by przed wschodem słońca znaleźć cię śpiącą pod drzewem i nakryć ciepłą peleryną. Coś jeszcze wydaje ci się niezrozumiałe? - pokręciłam głową.
               - To był... Cóż, bardzo dobry plan. I skuteczny.
               - W rzeczy samej. Jednakże, jeśli nie dosłyszałaś, uwzględnia on słowo "jedzenie", więc może usiadłabyś i coś zjadła?
               - Doskonały pomysł. Umieram z głodu - wyznałam, sadowiąc się wygodnie pod drzewem. Alex nakrył mnie ponownie swoją peleryną, po czym podał mi niewielkie naczynie z jeszcze ciepłym gulaszem w środku.
               - Mmm... - westchnęłam, rozkoszując się smakowitym zapachem.
               - Smacznego - odparł chłopak, wyciągając w moją stronę rękę z łyżką. Wzięłam ją od niego i zaczęłam jeść. Po sytym posiłku, oddałam Alex'owi naczynia, a on zniknął z nimi gdzieś w krzakach. Po chwili ja również wstałam, ciekawa, co zajmuje mu tyle czasu. Ostrożnie przedarłam się przez krzaki, a moim oczom ukazał się dość szeroki strumień, w którym Alex spokojnie mył naczynia. Podeszłam do niego i zapatrzyłam się w cicho szumiącą wodę. Nawet nie zauważyłam, kiedy mnie popchnął. Z piskiem wpadłam do strumyka, rozchlapując wodę dookoła.
                - Hej, a to za co?! - krzyknęłam.
                - Za nic. Po prostu lubię patrzeć, jak się wściekasz - odparł Alex, śmiejąc się.
                - Jesteś okropny.
                - Wiem, inaczej byś mnie nie lubiła. Chodź, wyciągnę cię - zaoferował się, podając mi rękę. Ujęłam ją, uśmiechając się ironicznie.
                - Na twoim miejscu zaczęłabym się zastanawiać, kto wyciągnie ciebie - powiedziałam, po czym pociągnęłam Alex'a za sobą do wody.
                - I to ja niby jestem ten zły, tak? Popatrz na siebie - warknął, próbując opanować śmiech.
                - Patrzę. I wiesz co? Inaczej byś mnie nie lubił - zacytowałam go. Chłopak pokazał mi język, na co oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
                Jeszcze przez jakiś chlapaliśmy się w leśnym strumieniu, jednak gdy słońce sięgnęło zenitu, musieliśmy wyjść.
                - Wyschniemy po drodze. Na nas już czas - powiedział Alex, patrząc na mnie poważnie. Skinęłam głową. Szliśmy głównym szlakiem przez jakieś czterdzieści minut, poszycie było coraz mniej gęste, aż w końcu szliśmy ścieżką, otoczoną zaledwie kilkoma świerkami i krzakami. Jeszcze parę kroków. Piętnaście. Dwanaście. Dziesięć. Osiem. Pięć. Cztery. Trzy. Dwa...
                - Witaj w moim świecie, Aleksandrze.

sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 12

                

             Idąc nocą przez las, zastanawiałam się, dlaczego tak naprawdę to zrobiłam. Dlaczego mu się postawiłam? Co chciałam udowodnić i komu? Jemu, że potrafię poradzić sobie bez niego, czy też sobie, że on nie jest wart mojego zachodu? Nie wiem. Już nic nie wiem. Co ja robię... Włóczę się sama nocą po lesie, tak naprawdę bez celu i potrzeby. No bo, niby dokąd miałabym pójść? Co mi strzeliło, żeby odchodzić od Alex'a... Bez niego nie mam najmniejszych szans na przeżycie. Nie no, dobra, może jakieś tam są, ale z pewnością bardzo małe. Nie wzięłam ze sobą broni ani jedzenia, więc prędzej czy później, albo to ja padnę z głodu, albo stanę się kolacją jakiegoś leśnego drapieżcy. Ponadto żaden sensowny pomysł, co ze sobą zrobić nie przyszedł mi do głowy. Ba, ja nawet nie mam pojęcia, gdzie jestem, ani jak daleko stąd znajduje się główny szlak, po którym mogłabym wrócić do domu, o ile poszłabym w odpowiednim kierunku, co w tych ciemnościach graniczy z cudem. Ehh... Po co mi to było... Mogłam siedzieć cicho. To nie, bo mi się zachciało pokazać, jaka to jestem odważna... Nie jestem. W tym właśnie problem.
               Poczułam powiew zimnego wiatru na policzkach. Wzdrygnęłam się. Owinąwszy się szczelniej peleryną, przeszłam kilkanaście kroków do przodu. Nie znając drogi, nie zajdę zbyt daleko. Kręciłam się jeszcze przez chwilę wokół otaczających mnie drzew, w końcu jednak usiadłam pod jednym z nich. Byłam zmarznięta i wściekła, na tą sytuację, na Alex'a, na samą siebie. Chciałam zasnąć i mieć wreszcie święty spokój. Bez tego lasu, bez wspomnień. Bez tego zimna, które przenikało mnie do szpiku kości. Po męczących kilku minutach udało mi się w miarę wygodnie ułożyć we wgłębieniu między korzeniami. Nałożyłam kaptur na głowę, żeby pozostać choć z pozoru niewidoczną, po czym zamknęłam oczy i usnęłam.
               Śniło mi się, że jestem w lesie. Ale nie takim zwykłym. W magicznym lesie, w którym strumień lśni się srebrem, trawa jest bardziej zielona, a między drzewami mieszkają małe i piękne ludziki, o tęczowych skrzydełkach. Szłam leśną ścieżką, moje bose stopy miękko opadały na szmaragdowy mech. Słuchałam śpiewu ptaków i szumu strumienia. To było tak cudowne. Zatrzymałam się przed kamienną tabliczką, zagradzającą mi przejście. Na tabliczce było coś napisane, lecz mech tak ją obrósł, że nie dałam rady tego przeczytać. Delikatnie oderwałam narośl, przecierając płytkę dłonią. Napis na tabliczce głosił: "Nigdy nie przegap okazji, by powiedzieć komuś, że go kochasz". Westchnęłam. No cóż, ja swoją okazję chyba przegapiłam... Gdy znów spojrzałam na kamienną płytkę, napis zaczął się rozmywać, a wraz z nim reszta tego bajecznego krajobrazu. Przez chwilę wszystko wirowało, następnie zaś leżałam w łóżku, pod ciepłym nakryciem, słyszałam trzask ognia w kominku. Znałam to miejsce. Chyba nawet, aż za dobrze. Domek Alex'a. Akurat o tym miejscu wolałabym z całego serca zapomnieć. Mimo to, przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele. Otuliłam się kołdrą, zamykając oczy, a uśmiech sam zakwitł mi na ustach.
                Obudziłam się, wciąż uśmiechnięta. Szybko jednak się skrzywiłam, bo wystający korzeń, wbijający mi się w plecy, boleśnie dawał o sobie znać. Ale nie to przykuło moją uwagę. Bardziej zaskoczyło mnie, że leżąc na ziemi, było mi tak ciepło. Z tego, co pamiętam, gdy kładłam się spać, cała dygotałam z zimna. To dziwne. Moje wątpliwości rozwiały się, kiedy zerknęłam na swoje ubranie. Oprócz mojej ciemnozielonej peleryny, leżał na mnie drugi materiał, nieco grubszy i czarny. Trochę mi zajęło, zanim poprawnie skojarzyłam widoczne fakty, lecz wtedy było już za późno na jakąkolwiek reakcję. O drzewo stojące naprzeciwko mnie opierał się nie kto inny, jak Alexander we własnej osobie. Na jego widok mało nie zakrztusiłam się powietrzem. Z trudem przełknęłam ślinę, nie bardzo wiedząc, jak mam się teraz zachować. Chłopak patrzył na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, a jego obsydianowe oczy cierpliwie wpatrywały się w moje. Postanowiłam przerwać tę nieznośną ciszę, dlatego też szybko podniosłam się z ziemi. Zrobiłam to jednak nieco za szybko, gdyż potknęłam się i, gdyby nie refleks Alex'a, leżałabym już obolała na twardym podłożu. Chłopak ścisnął moje ramię, puszczając dopiero wtedy, gdy mogłam stanąć o własnych siłach. Jego twarz wciąż nie wyrażała żadnych emocji.
                - Co Ty tu robisz? - zapytałam w końcu. Po minucie, która zdawała się być wiecznością, usłyszałam odpowiedź.
                - Dotrzymuję przysięgi.

--------------------------------------------------------------------------------------------
Bardzo Was przepraszam, że taki krótki, ale zmęczona dziś jestem ;/ Jak się uda, to następny pojawi się za dwa, może trzy dni. Są ferie, a zatem więcej wolnego czasu na pisanie :) Czekam na komentarze! :D Buziaczki ;* /P.

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 11

           

          Ostrożnie wstałam, otrzepując się z białych płatków i odwróciłam się. Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Staliśmy na niewielkiej polance, w kształcie okręgu, pokrytej malutkimi białymi płatkami. Gdy się rozejrzałam, dostrzegłam, że wokół polanki rosną wierzby płaczące, o bladozielonych gałązkach, sięgających ziemi, zaś pośrodku stało drzewko, może trochę większe ode mnie. To właśnie z niego opadały płatki. No tak, przecież jest jesień.
          - Przychodziłem tu z ojcem, kiedy jeszcze ze mną mieszkał - usłyszałam głos Alex'a. Chłopak stanął tuż obok mnie, nasze dłonie prawie się zetknęły.
          - To piękne miejsce. Takie... magiczne - przyznałam.
          - Owszem. Nikt nie ma pojęcia o istnieniu tej polany, temu też zawdzięcza swój wewnętrzny urok. Bądź co bądź, nie każdemu chce się zjeżdżać po ziemi na dno wąwozu. Ale myślę, że to dobrze. Dzięki temu, to jest tylko moje miejsce.
         - Chyba chciałeś powiedzieć "nasze" - podsunęłam.

         - Ponieważ?
         - To miejsce twoje i twojego ojca.
         - Ahh. No tak - Alex powoli podszedł i przejechał dłonią po korze drzewa. Moją uwagę natychmiast przykuło miejsce, które było jej pozbawione.
         - Co mu się stało? - zapytałam, jakby ze współczuciem.
         - Co... Ah, to. To jest ta rzecz, którą chciałem ci pokazać. Z kory tego drzewa robię wykałaczki.
         - Cynamonowe? - zgadłam od razu.
         - Tak. Ale to nie jest cynamonowiec. Tak właściwie, nie znam nawet nazwy tego drzewa. Wiem tylko, że pachnie cynamonem i na wiosnę zakwita na biało, by jesienią jego płatki pokryły całą polanę, czyniąc ją jeszcze piękniejszą.

         - Rany... Czuję się, jakbym była w jakimś cudownym śnie, w którym są możliwe takie zjawiska, jak to. I jeśli to sen, to nie chcę się już nigdy z niego budzić - powiedziałam, unosząc głowę, by popatrzeć na kwiatowy śnieg wokół mnie. Nagle poczułam, jak chłopak bierze mnie za rękę. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy rumieniec wdarł mi się na policzki.
         - Czyżbyś się zarumieniła? - zapytał Alex, mrużąc z ciekawością oczy.
         - Ależ skąd, to tylko czerwień zachodzącego słońca pada mi na twarz - odparłam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że przecież słońce już dawno zaszło, lecz nie dałam tego po sobie poznać. Może się nie zorientował.
         - W takim razie nie mam pojęcia, gdzie to twoje słońce się znajduje, bo ja żadnego już nie widzę.
         - No nie, bo już zaszło.
         - Tak, dobre piętnaście minut temu - Alex zaśmiał się, kręcąc głową.
         - Tylko po to mnie tu zabrałeś? Żeby mi to pokazać? - próbowałam zmienić temat.
         - Nie do końca. Chciałem dać ci taką... cząstkę siebie. Takie wspomnienie, które zostanie na zawsze w twojej pamięci i nic go nie wymaże.
         - Ale po co? Przecież jesteś tu teraz, ze mną. Na co mi wspomnienia, skoro mogę cieszyć się rzeczywistością? - chłopak spuścił głowę, a uśmiech zniknął mu z ust. Ścisnął mocniej moją dłoń.
         - Bo jutro ta rzeczywistość będzie tylko wspomnieniem.
         Po tych słowach, czułam, jakby coś stanęło mi w gardle. Nie byłam w stanie się odezwać. Jasne, że wiedziałam, że kiedyś nadejdzie dzień rozłąki. Tyle, że trzymałam tą myśl, ukrytą głęboko w moim umyśle, aby jej siła nie niszczyła mnie od środka. Wiedziałam, że to nadejdzie. Nie wiedziałam tylko, że tak szybko.
         - Jutro... - wychrypiałam cicho, nie chcąc dopuścić do siebie tej przykrej wiadomości.
         - Przykro mi, Olivio. Nie mogę cię tu dłużej trzymać. Prędzej czy później, ktoś zacząłby cię szukać, a wtedy oboje mielibyśmy duże kłopoty.
         - Dlaczego? Może zamieszkałbyś ze mną, na wsi? Tylko pomyśl... - przerwał mi, puszczając moją rękę.
         - A czy ty pomyślałaś o tym, co będzie, jak nas złapią? Naprawdę sądzisz, że tak po prostu wyprowadzą nas z lasu i puszczą wolno? Jeżeli tak, to powiem ci, że chyba nie znasz życia. Nie wypuszczą nas. Ciebie oddadzą matce, a co ze mną? W najlepszym wypadku oskarżą mnie o porwanie i skażą na jakiś czas ciężkiej pracy w miasteczku, w najgorszym, prawdopodobnie zabiją - chłopak potarł dłonią skronie. - Zrozum, tu, w lesie, nic nam nie grozi. Znam ten las, znam kryjówki, mam awaryjne miejsca, w których mogę mieszkać, gdyby ktoś znalazł moją obecną siedzibę. Tu mogę cię chronić. Mogę nas chronić. Ale tam, w twoim świecie, nie mogę. Nie znam tych ludzi, nie znam ich umiejętności ani kamiennych dróg, którymi się poruszają. Tak jak oni nie mają pojęcia o ścieżkach, wydeptanych nocą przez zwierzęta, o tym, jak poruszać się bezszelestnie po liściastym podłożu, ani jak się ukrywać, by pozostać niezauważonym. Jeśli tu zostaniesz, sprowadzisz na nas niebezpieczeństwo. Nie damy rady ciągle uciekać. A gdy już nas złapią, nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy - pokiwałam głową, z trudem przełykając łzy. Rozumiałam powagę sytuacji. Oczywiście, że nie mogłam tu zostać. A nie chciałam, by Alex'owi stała się krzywda. Zamknęłam oczy, próbując wyrównać oddech. Chłopak objął mnie delikatnie ramionami, przyciskając wargi do mojego czoła.
         - Będziesz bezpieczna. Zamierzam dotrzymać przysięgi.
         - Wiem. Boli mnie tylko to, że będę bezpieczna bez ciebie.
         - Niekoniecznie - wyrwałam się z jego uścisku, patrząc mu w oczy.
         - Co masz na myśli?
         - Ależ nic. A ty dobrze wiesz, co się pod tym kryje, pod warunkiem, że rozumiesz znaczenie słów przysięgi - mrugnął do mnie, a w moim sercu pojawiła się nadzieja. Nigdy nie wiedziałam, kiedy znów mnie czymś zaskoczy, tak jak zrobił to teraz.
        - Wiesz co? Nie chcę rozumieć tych słów. Chcę ci po prostu zaufać - Alex spojrzał na mnie zdziwiony.
        - Tak po prostu, chcesz mi zaufać? Nie zapytasz, jakie mam plany na jutro, co się z tobą stanie?
        - Nie. Wątpię, żebyś mnie skrzywdził. Albo zostawił. Raz, że wtedy złamałbyś przysięgę, a dwa, miałbyś wyrzuty sumienia, że zraniłeś osobę, na której ci zależy.
        - Skąd wiesz, czy mi zależy? Może wcale nie.
        - Czyżby? W takim razie, może wrócę do domu jeszcze dziś. Co ty na to? Z miejsca się z tobą pożegnam i więcej mnie nie zobaczysz - przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu Alex odsunął się na bok, robiąc mi przejście.
        - Droga wolna.
        - Jak sobie życzysz, Alexandrze - odparłam, po czym pewnym krokiem minęłam go i przeszłam kilka kroków do przodu. Zanim wspięłam się po zboczu wąwozu, po raz ostatni odwróciłam się, żeby spojrzeć na magiczną polanę oraz na chłopaka, któremu jestem winna co najmniej kilka przysług, za uratowanie mi życia. Westchnęłam, widząc za sobą tylko pustą polankę. Uśmiechnęłam się smutno. Cały on. Bezszelestny, nigdy nie zauważony, tajemniczy duch tego lasu. Wspinając się po zboczu, przed oczami stanęły mi jego słowa "
Bo jutro ta rzeczywistość będzie tylko wspomnieniem". Zacisnęłam zęby, żeby się nie rozpłakać. No cóż, jak widać moje jutro zmieniło się w dzisiaj... Po drodze minęłam rozłożyste drzewo, o różowym kwiecie. Wewnętrznie złamana, nawet nie zwróciłam na nie uwagi.

                                                                       
---------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie, kochani ;* Jak Wam się podoba rozdział? Wiem, że trochę tu namieszałam, ale wpadłam na genialny pomysł, jak dalej potoczy się akcja :) Zapewniam Was, jeszcze będzie nad czym płakać, zarówno ze smutku, jak i z radości ;p Pozdrawiam! /P.