sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 12

                

             Idąc nocą przez las, zastanawiałam się, dlaczego tak naprawdę to zrobiłam. Dlaczego mu się postawiłam? Co chciałam udowodnić i komu? Jemu, że potrafię poradzić sobie bez niego, czy też sobie, że on nie jest wart mojego zachodu? Nie wiem. Już nic nie wiem. Co ja robię... Włóczę się sama nocą po lesie, tak naprawdę bez celu i potrzeby. No bo, niby dokąd miałabym pójść? Co mi strzeliło, żeby odchodzić od Alex'a... Bez niego nie mam najmniejszych szans na przeżycie. Nie no, dobra, może jakieś tam są, ale z pewnością bardzo małe. Nie wzięłam ze sobą broni ani jedzenia, więc prędzej czy później, albo to ja padnę z głodu, albo stanę się kolacją jakiegoś leśnego drapieżcy. Ponadto żaden sensowny pomysł, co ze sobą zrobić nie przyszedł mi do głowy. Ba, ja nawet nie mam pojęcia, gdzie jestem, ani jak daleko stąd znajduje się główny szlak, po którym mogłabym wrócić do domu, o ile poszłabym w odpowiednim kierunku, co w tych ciemnościach graniczy z cudem. Ehh... Po co mi to było... Mogłam siedzieć cicho. To nie, bo mi się zachciało pokazać, jaka to jestem odważna... Nie jestem. W tym właśnie problem.
               Poczułam powiew zimnego wiatru na policzkach. Wzdrygnęłam się. Owinąwszy się szczelniej peleryną, przeszłam kilkanaście kroków do przodu. Nie znając drogi, nie zajdę zbyt daleko. Kręciłam się jeszcze przez chwilę wokół otaczających mnie drzew, w końcu jednak usiadłam pod jednym z nich. Byłam zmarznięta i wściekła, na tą sytuację, na Alex'a, na samą siebie. Chciałam zasnąć i mieć wreszcie święty spokój. Bez tego lasu, bez wspomnień. Bez tego zimna, które przenikało mnie do szpiku kości. Po męczących kilku minutach udało mi się w miarę wygodnie ułożyć we wgłębieniu między korzeniami. Nałożyłam kaptur na głowę, żeby pozostać choć z pozoru niewidoczną, po czym zamknęłam oczy i usnęłam.
               Śniło mi się, że jestem w lesie. Ale nie takim zwykłym. W magicznym lesie, w którym strumień lśni się srebrem, trawa jest bardziej zielona, a między drzewami mieszkają małe i piękne ludziki, o tęczowych skrzydełkach. Szłam leśną ścieżką, moje bose stopy miękko opadały na szmaragdowy mech. Słuchałam śpiewu ptaków i szumu strumienia. To było tak cudowne. Zatrzymałam się przed kamienną tabliczką, zagradzającą mi przejście. Na tabliczce było coś napisane, lecz mech tak ją obrósł, że nie dałam rady tego przeczytać. Delikatnie oderwałam narośl, przecierając płytkę dłonią. Napis na tabliczce głosił: "Nigdy nie przegap okazji, by powiedzieć komuś, że go kochasz". Westchnęłam. No cóż, ja swoją okazję chyba przegapiłam... Gdy znów spojrzałam na kamienną płytkę, napis zaczął się rozmywać, a wraz z nim reszta tego bajecznego krajobrazu. Przez chwilę wszystko wirowało, następnie zaś leżałam w łóżku, pod ciepłym nakryciem, słyszałam trzask ognia w kominku. Znałam to miejsce. Chyba nawet, aż za dobrze. Domek Alex'a. Akurat o tym miejscu wolałabym z całego serca zapomnieć. Mimo to, przyjemne ciepło rozlało się po moim ciele. Otuliłam się kołdrą, zamykając oczy, a uśmiech sam zakwitł mi na ustach.
                Obudziłam się, wciąż uśmiechnięta. Szybko jednak się skrzywiłam, bo wystający korzeń, wbijający mi się w plecy, boleśnie dawał o sobie znać. Ale nie to przykuło moją uwagę. Bardziej zaskoczyło mnie, że leżąc na ziemi, było mi tak ciepło. Z tego, co pamiętam, gdy kładłam się spać, cała dygotałam z zimna. To dziwne. Moje wątpliwości rozwiały się, kiedy zerknęłam na swoje ubranie. Oprócz mojej ciemnozielonej peleryny, leżał na mnie drugi materiał, nieco grubszy i czarny. Trochę mi zajęło, zanim poprawnie skojarzyłam widoczne fakty, lecz wtedy było już za późno na jakąkolwiek reakcję. O drzewo stojące naprzeciwko mnie opierał się nie kto inny, jak Alexander we własnej osobie. Na jego widok mało nie zakrztusiłam się powietrzem. Z trudem przełknęłam ślinę, nie bardzo wiedząc, jak mam się teraz zachować. Chłopak patrzył na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, a jego obsydianowe oczy cierpliwie wpatrywały się w moje. Postanowiłam przerwać tę nieznośną ciszę, dlatego też szybko podniosłam się z ziemi. Zrobiłam to jednak nieco za szybko, gdyż potknęłam się i, gdyby nie refleks Alex'a, leżałabym już obolała na twardym podłożu. Chłopak ścisnął moje ramię, puszczając dopiero wtedy, gdy mogłam stanąć o własnych siłach. Jego twarz wciąż nie wyrażała żadnych emocji.
                - Co Ty tu robisz? - zapytałam w końcu. Po minucie, która zdawała się być wiecznością, usłyszałam odpowiedź.
                - Dotrzymuję przysięgi.

--------------------------------------------------------------------------------------------
Bardzo Was przepraszam, że taki krótki, ale zmęczona dziś jestem ;/ Jak się uda, to następny pojawi się za dwa, może trzy dni. Są ferie, a zatem więcej wolnego czasu na pisanie :) Czekam na komentarze! :D Buziaczki ;* /P.

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 11

           

          Ostrożnie wstałam, otrzepując się z białych płatków i odwróciłam się. Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Staliśmy na niewielkiej polance, w kształcie okręgu, pokrytej malutkimi białymi płatkami. Gdy się rozejrzałam, dostrzegłam, że wokół polanki rosną wierzby płaczące, o bladozielonych gałązkach, sięgających ziemi, zaś pośrodku stało drzewko, może trochę większe ode mnie. To właśnie z niego opadały płatki. No tak, przecież jest jesień.
          - Przychodziłem tu z ojcem, kiedy jeszcze ze mną mieszkał - usłyszałam głos Alex'a. Chłopak stanął tuż obok mnie, nasze dłonie prawie się zetknęły.
          - To piękne miejsce. Takie... magiczne - przyznałam.
          - Owszem. Nikt nie ma pojęcia o istnieniu tej polany, temu też zawdzięcza swój wewnętrzny urok. Bądź co bądź, nie każdemu chce się zjeżdżać po ziemi na dno wąwozu. Ale myślę, że to dobrze. Dzięki temu, to jest tylko moje miejsce.
         - Chyba chciałeś powiedzieć "nasze" - podsunęłam.

         - Ponieważ?
         - To miejsce twoje i twojego ojca.
         - Ahh. No tak - Alex powoli podszedł i przejechał dłonią po korze drzewa. Moją uwagę natychmiast przykuło miejsce, które było jej pozbawione.
         - Co mu się stało? - zapytałam, jakby ze współczuciem.
         - Co... Ah, to. To jest ta rzecz, którą chciałem ci pokazać. Z kory tego drzewa robię wykałaczki.
         - Cynamonowe? - zgadłam od razu.
         - Tak. Ale to nie jest cynamonowiec. Tak właściwie, nie znam nawet nazwy tego drzewa. Wiem tylko, że pachnie cynamonem i na wiosnę zakwita na biało, by jesienią jego płatki pokryły całą polanę, czyniąc ją jeszcze piękniejszą.

         - Rany... Czuję się, jakbym była w jakimś cudownym śnie, w którym są możliwe takie zjawiska, jak to. I jeśli to sen, to nie chcę się już nigdy z niego budzić - powiedziałam, unosząc głowę, by popatrzeć na kwiatowy śnieg wokół mnie. Nagle poczułam, jak chłopak bierze mnie za rękę. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy rumieniec wdarł mi się na policzki.
         - Czyżbyś się zarumieniła? - zapytał Alex, mrużąc z ciekawością oczy.
         - Ależ skąd, to tylko czerwień zachodzącego słońca pada mi na twarz - odparłam, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że przecież słońce już dawno zaszło, lecz nie dałam tego po sobie poznać. Może się nie zorientował.
         - W takim razie nie mam pojęcia, gdzie to twoje słońce się znajduje, bo ja żadnego już nie widzę.
         - No nie, bo już zaszło.
         - Tak, dobre piętnaście minut temu - Alex zaśmiał się, kręcąc głową.
         - Tylko po to mnie tu zabrałeś? Żeby mi to pokazać? - próbowałam zmienić temat.
         - Nie do końca. Chciałem dać ci taką... cząstkę siebie. Takie wspomnienie, które zostanie na zawsze w twojej pamięci i nic go nie wymaże.
         - Ale po co? Przecież jesteś tu teraz, ze mną. Na co mi wspomnienia, skoro mogę cieszyć się rzeczywistością? - chłopak spuścił głowę, a uśmiech zniknął mu z ust. Ścisnął mocniej moją dłoń.
         - Bo jutro ta rzeczywistość będzie tylko wspomnieniem.
         Po tych słowach, czułam, jakby coś stanęło mi w gardle. Nie byłam w stanie się odezwać. Jasne, że wiedziałam, że kiedyś nadejdzie dzień rozłąki. Tyle, że trzymałam tą myśl, ukrytą głęboko w moim umyśle, aby jej siła nie niszczyła mnie od środka. Wiedziałam, że to nadejdzie. Nie wiedziałam tylko, że tak szybko.
         - Jutro... - wychrypiałam cicho, nie chcąc dopuścić do siebie tej przykrej wiadomości.
         - Przykro mi, Olivio. Nie mogę cię tu dłużej trzymać. Prędzej czy później, ktoś zacząłby cię szukać, a wtedy oboje mielibyśmy duże kłopoty.
         - Dlaczego? Może zamieszkałbyś ze mną, na wsi? Tylko pomyśl... - przerwał mi, puszczając moją rękę.
         - A czy ty pomyślałaś o tym, co będzie, jak nas złapią? Naprawdę sądzisz, że tak po prostu wyprowadzą nas z lasu i puszczą wolno? Jeżeli tak, to powiem ci, że chyba nie znasz życia. Nie wypuszczą nas. Ciebie oddadzą matce, a co ze mną? W najlepszym wypadku oskarżą mnie o porwanie i skażą na jakiś czas ciężkiej pracy w miasteczku, w najgorszym, prawdopodobnie zabiją - chłopak potarł dłonią skronie. - Zrozum, tu, w lesie, nic nam nie grozi. Znam ten las, znam kryjówki, mam awaryjne miejsca, w których mogę mieszkać, gdyby ktoś znalazł moją obecną siedzibę. Tu mogę cię chronić. Mogę nas chronić. Ale tam, w twoim świecie, nie mogę. Nie znam tych ludzi, nie znam ich umiejętności ani kamiennych dróg, którymi się poruszają. Tak jak oni nie mają pojęcia o ścieżkach, wydeptanych nocą przez zwierzęta, o tym, jak poruszać się bezszelestnie po liściastym podłożu, ani jak się ukrywać, by pozostać niezauważonym. Jeśli tu zostaniesz, sprowadzisz na nas niebezpieczeństwo. Nie damy rady ciągle uciekać. A gdy już nas złapią, nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkamy - pokiwałam głową, z trudem przełykając łzy. Rozumiałam powagę sytuacji. Oczywiście, że nie mogłam tu zostać. A nie chciałam, by Alex'owi stała się krzywda. Zamknęłam oczy, próbując wyrównać oddech. Chłopak objął mnie delikatnie ramionami, przyciskając wargi do mojego czoła.
         - Będziesz bezpieczna. Zamierzam dotrzymać przysięgi.
         - Wiem. Boli mnie tylko to, że będę bezpieczna bez ciebie.
         - Niekoniecznie - wyrwałam się z jego uścisku, patrząc mu w oczy.
         - Co masz na myśli?
         - Ależ nic. A ty dobrze wiesz, co się pod tym kryje, pod warunkiem, że rozumiesz znaczenie słów przysięgi - mrugnął do mnie, a w moim sercu pojawiła się nadzieja. Nigdy nie wiedziałam, kiedy znów mnie czymś zaskoczy, tak jak zrobił to teraz.
        - Wiesz co? Nie chcę rozumieć tych słów. Chcę ci po prostu zaufać - Alex spojrzał na mnie zdziwiony.
        - Tak po prostu, chcesz mi zaufać? Nie zapytasz, jakie mam plany na jutro, co się z tobą stanie?
        - Nie. Wątpię, żebyś mnie skrzywdził. Albo zostawił. Raz, że wtedy złamałbyś przysięgę, a dwa, miałbyś wyrzuty sumienia, że zraniłeś osobę, na której ci zależy.
        - Skąd wiesz, czy mi zależy? Może wcale nie.
        - Czyżby? W takim razie, może wrócę do domu jeszcze dziś. Co ty na to? Z miejsca się z tobą pożegnam i więcej mnie nie zobaczysz - przez dłuższą chwilę mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu Alex odsunął się na bok, robiąc mi przejście.
        - Droga wolna.
        - Jak sobie życzysz, Alexandrze - odparłam, po czym pewnym krokiem minęłam go i przeszłam kilka kroków do przodu. Zanim wspięłam się po zboczu wąwozu, po raz ostatni odwróciłam się, żeby spojrzeć na magiczną polanę oraz na chłopaka, któremu jestem winna co najmniej kilka przysług, za uratowanie mi życia. Westchnęłam, widząc za sobą tylko pustą polankę. Uśmiechnęłam się smutno. Cały on. Bezszelestny, nigdy nie zauważony, tajemniczy duch tego lasu. Wspinając się po zboczu, przed oczami stanęły mi jego słowa "
Bo jutro ta rzeczywistość będzie tylko wspomnieniem". Zacisnęłam zęby, żeby się nie rozpłakać. No cóż, jak widać moje jutro zmieniło się w dzisiaj... Po drodze minęłam rozłożyste drzewo, o różowym kwiecie. Wewnętrznie złamana, nawet nie zwróciłam na nie uwagi.

                                                                       
---------------------------------------------------------------------------------------------
Witajcie, kochani ;* Jak Wam się podoba rozdział? Wiem, że trochę tu namieszałam, ale wpadłam na genialny pomysł, jak dalej potoczy się akcja :) Zapewniam Was, jeszcze będzie nad czym płakać, zarówno ze smutku, jak i z radości ;p Pozdrawiam! /P.

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział 10

             
             
            Do zachodu słońca zostało nam około trzech godzin. Alex zostawił gulasz nad paleniskiem, żeby jak najdłużej zachował wysoką temperaturę, po czym podał mi moją pelerynę.
             - Po co mi to? - spytałam. Na te słowa chłopak uśmiechnął się, jednocześnie naciągając na twarz czarny kaptur swojej peleryny.
             - Przejdziemy się. Chcę ci coś pokazać.
             - Dowiem się, co to takiego?

             - Hmm, tak, jak już będziemy na miejscu - Alex wyszczerzył się w moją stronę. Roześmiałam się. Każda chwila spędzona z tym łowcą, okraszona była szczyptą humoru i tajemnicy. Lubiłam, gdy mnie czymś zaskakiwał. Zarzuciłam pelerynę na ramiona.
             - A zatem prowadź - powiedziałam, w zamaszysty sposób wskazując mu drzwi ręką. Chłopak szybkim ruchem zabrał łuk i kołczan, a następnie wybiegł z domu. Zatrzymał tuż przy linii, oddzielającej las od jego polany.

             - Jak mnie złapiesz, być może znajdziesz to, co chcę ci pokazać... - zawołał w moją stronę, wbiegając między drzewa. Przez chwilę stałam w drzwiach kompletnie osłupiała, zaraz jednak się ocknęłam i zamknąwszy dom, puściłam się biegiem za Alex'em. Bawiliśmy się jak dzieci, tak beztrosko i z humorem goniliśmy się po lesie. Alex uciekał, chował się za drzewami, a każdy jego ruch zaczynał się od krótkich komentarzy.
            - Lepiej się pospiesz, bo inaczej nie zdążymy wrócić przed zachodem słońca! - krzyknął, w ostatniej chwili uchylając się przede mną.

            - I tak nie zdążymy, więc co za różnica? Ty skup się na drodze, żebyśmy nie zabłądzili - odparłam.
            - Znam ten las, jak nikt inny. Za to nie zdziwiłbym się, gdybyś ty się gdzieś zgubiła - chłopak zaśmiał się złośliwie, co jeszcze bardziej zmotywowało mnie, aby go złapać. Parę chwil później rozpędziłam się i rzuciłam na niego, przewracając nas oboje na ziemię. Tylko, jak się okazało, za nami był niewielki wąwóz, przez co zamiast spaść na ziemię, staczaliśmy się z dość stromego zbocza. Turlaliśmy się, krzycząc i piszcząc, a nasz śmiech rozdzierał powietrze. Nagle zbocze dobiegło końca, a my wpadliśmy w wielką górę liści, rozrzucając je dookoła. Dokładniej mówiąc, Alex spadł na liście, a ja z piskiem wpadłam na niego. Stęknął głucho, gdy zabrakło mu tlenu pod wpływem mojego ciężaru, szybko więc zeszłam na ziemię. Położyłam się na plecach i spojrzałam w niebo. Teraz przybrało szaro-fioletową barwę, zwiastując zbliżający się zmierzch. Ostatnie promienie słońca błyszczały nad horyzontem.

            - O czym myślisz? - usłyszałam głos Alex'a. Odwróciłam głowę, by móc na niego spojrzeć.
            - O tym, jak wielkie szczęście mnie spotkało. Poznałam ciebie i przeżyłam takie przygody, o których w wiosce nawet mi się nie śniło - nagle na moją twarz opadło kilka białych płatków. Gwałtownie usiadłam, rozglądając się. - Co to takiego? - wyszeptałam, drżącym z napięcia głosem.

           - Odwróć się, moja droga, to zobaczysz, co znaczy prawdziwe szczęście.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 9

           
             Minęło południe, gdy znaleźliśmy się z powrotem na polance Alex'a. 
Chłopak zajął się przyrządzaniem potrawki z jelenia, ja zaś poszłam zbierać drewno na opał. Nie oddalałam się zbytnio od domu, w obawie przed drapieżnikami. Chodziłam między krzewami i wysokimi drzewami, zbierając po drodze suche gałęzie. Las o tej porze roku był naprawdę niezwykły, złote liście powoli opadały na ziemię, tworząc pode mną barwne podłoże. Kiedy wróciłam, potrawka była już gotowa. Mięso trzeba było rozdzielić, gdyż inaczej mielibyśmy kłopot ze zjedzeniem tego jelenia w całości. Alex zrobił kilka porcji, pierwsza nadała się na potrawkę, resztę natomiast wrzuciliśmy na ruszt. Po długo wyczekiwanym posiłku, mieliśmy chwilę dla siebie. 
             Postanowiłam przeprowadzić rekonesans domku, aby móc wracać do niego wspomnieniami, gdy przyjdzie mi się z niego wyprowadzić. Drewniane drzwi otwierały się na niewielki przedsionek, w którym były narzędzia codziennego użytku, między innymi miotła i wiadro na wodę. Z przedsionka przechodziło się do głównej izby, w której centrum znajdował się kamienny kominek i palenisko. Po prawej stronie, pod oknem stało łóżko, przykryte miękką narzutą, zaś po lewej stronie było przejście do niewielkiej kuchni i szafa na ubrania. Szybko przeszłam przez pokój, zatrzymując się przy wielkim garnku z gulaszem w środku, który wisiał nad kuchennym paleniskiem. W kuchni były też dwa okna, z widokiem na podwórze oraz dość duży drewniany stół. Na belkach pod sufitem wisiały wiązki różnych ziół i kwiatów, roznosząc po pomieszczeniu przyjemny zapach. Przejechałam dłonią po blacie stołu, po czym powoli podeszłam do okna. Widziałam zieloną trawę i kwiaty, rosnące pod oknem. Nieco dalej ujrzałam ciemną linię drzew, za którą zaczynał się las. Przez gęste gałęzie świerków przebił się blask popołudniowego słońca, wpadając przez szybę i rozświetlając pomieszczenie. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Kochałam to miejsce. Nie sądziłam, że uda mi się tu jeszcze wrócić, a tymczasem los sprawił, że wracałam tu coraz częściej.
              Nagle usłyszałam skrzypienie podłogi za plecami, a chwilę później uderzył we mnie mocny, korzenny zapach cynamonu. Zesztywniałam lekko i odwróciłam się z dłońmi uniesionymi ku górze, w razie, gdybym musiała się bronić. W tej samej chwili Alex chwycił mnie za nadgarstki, a na jego twarzy malowało się zdziwienie.

               - Hej, hej, spokojnie, księżniczko. To tylko ja - spojrzał na mnie ciepłym wzrokiem, sprawiając, że z ulgą przymknęłam oczy i wypuściłam powietrze.
               - Alex... Nigdy więcej mnie tak nie strasz. 
               - Ale co ja takiego zrobiłem? Tylko wszedłem do kuchni - chłopak zaśmiał się, puszczając mnie. Otworzyłam oczy. Stał zaledwie kilkanaście centymetrów przede mną, a jego czarne oczy przyglądały mi się z ciekawością.
               - Co ty wyprawiasz? - spytałam, przekornie przekrzywiając głowę na bok.
               - Patrzę.
               - Tak? I co widzisz? - Alex westchnął, a jego wzrok złagodniał. Uśmiechnął się smutno.
               - Dziewczynę, która zagubiła się we własnych uczuciach i nie wie, jak poradzić sobie z męczącymi ją myślami - powiedział cicho. W jednym zdaniu zawarł dokładnie to, jak się teraz czułam. Chciało mi się płakać. Było tyle rzeczy, które chciałam mu powiedzieć, tyle rzeczy, które musiałam zrobić, nie zważając na mijający czas. Byłam taka mała, wobec ogromu otaczającego mnie świata. Nie wiedziałam, co mam robić. Kiedy jednak moje oczy napotkały jego wzrok, wiedziałam, że nie jestem już w stanie trzymać w sobie tych emocji. Poczułam, jak odgarnął mi włosy z twarzy. Jego dłoń zatrzymała się na moim policzku, po którym natychmiast spłynęły łzy. Kolejne wydarzenia pamiętam, jak przez mgłę. Alex tulący mnie do siebie, mój płacz, jego głos, kojący moje nerwy. I zapach cynamonu. Staliśmy przytuleni jeszcze przez krótką chwilę, w końcu chłopak odsunął mnie na odległość ramienia.
               - Jesteś bardzo silną dziewczyną, Liv. Ale nawet ty potrzebujesz osoby, której mogłabyś się wyżalić z dręczących cię problemów. Jeśli chcesz pogadać, albo... przejść się gdzieś... Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.

               - Wiem, Alex. Dziękuję - chłopak popatrzył na mnie, jakby chciał się upewnić, że wszystko ze mną w porządku, po czym odwrócił się i podszedł do gotującego się w garnku gulaszu. Zamieszał potrawę drewnianą chochlą, a następnie zaczął wrzucać do naczynia różne przyprawy. Gdy skończył, sięgnął na stół, po niewielkie pudełeczko i wyciągnął z niego malutki patyczek, pozbawiony kory, o dziwnym rdzawym odcieniu. Przyjrzał mu się, by zaraz potem umieścić go między zębami.
               - Co to jest? - zapytałam, podchodząc do niego. Alex przytrzymał patyczek palcami.
               - Coś jak wykałaczka, tyle że tępa. I smakowa - dopiero, gdy to powiedział, dotarło do mnie, że to właśnie te patyczki pachną cynamonem. Uśmiechnęłam się.
               - Jak je zrobiłeś?
               - Po prostu, zebrałem gałązki, pociąłem je na krótkie odcinki, a potem zanurzyłem w wodzie z cynamonem. Drewno przesiąkło smakiem i zapachem, więc można je stosować jako przekąskę. Tata często robił te wykałaczki, gdy byłem mały. Mówił, że są one symbolem takiej wolności, na zasadzie: nikt cię nie kontroluje, rób co chcesz i martw się sam o siebie. Niezależność, chyba o to mu chodziło. Teraz go rozumiem. Kiedy odszedł, w nawyk weszło mi chodzenie z wykałaczką w zębach, jakbym chciał pokazać światu, że nie jestem niczyją własnością i mogę sam decydować o swoim losie. 
               - Och. Brzmi ciekawie. 
               - Hah, nie wątpię - na twarzy Alex'a zakwitł uśmiech. - Chcesz jedną? - spytał, wyciągając pudełeczko w moją stronę. Chciałam, nawet bardzo. Ale z drugiej strony, czułam, że biorąc wykałaczkę zdradziłabym swoją klasę. Nigdy nie będę wolna. Moja rodzina zawsze będzie służyć u bogatych mieszczan, pracując na ich polach i spłacając pańszczyznę. Zakładając, że przez te kilka dni jestem wolna i niezależna, to tylko oszukiwanie samej siebie. Mimo to, chciałam poczuć tę niezależność, chociaż przez krótki czas. Wyciągnęłam rękę i wzięłam pachnący patyczek, wkładając go między zęby. Słodkawo-korzenny, lekko piekący smak wypełnił moje usta. Przez chwilę rozkoszowałam się tym błogim aromatem, a w mojej głowie pojawiła się jedna myśl. Tak smakuje wolność.

piątek, 27 grudnia 2013

Rozdział 8

            

            Leżałam na łóżku, patrząc na jesienną mżawkę za oknem i słuchając ognia trzaskającego w palenisku. Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze. Alex uniósł się na łokciu i spojrzał na mnie z góry.
            - Wiesz, masz piękne oczy - wyznał. Zarumieniłam się, zawstydzona jego słowami.
            - Naprawdę?
            - Tak. Takie błękitne, jak niebo o poranku. A gdy staniesz pod odpowiednim kątem, widać w nich srebrne iskierki. Są wyjątkowe.
            - Cóż... dzięki... - powiedziałam cicho, spuszczając wzrok. Chłopak patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do poprzedniej pozycji.
            - Myślę, że jeśli chcemy coś zjeść na śniadanie, to pasowałoby już wstawać - powiedział po kilku minutach milczenia.
            - Dlaczego? - spytałam.
            - Nie wiem, jak to było u ciebie w domu, ale tu śniadanie samo do nas nie przyjdzie - Alex mrugnął do mnie, a następnie wyskoczył z łóżka na równe nogi. - Wstawaj - nakazał. Posłusznie wykonałam jego polecenie. Podczas, gdy ja ścieliłam posłanie, Alex zdejmował łuk i kołczan z kominka.
            - Będzie ci zimno - stwierdził, zakładając cięciwę na łęczysko. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc aluzji chłopaka. Ruchem brody wskazał na mnie. No tak. Miałam na sobie płócienną lnianą sukienkę i zielone trzewiki. Tylko co to ma do rzeczy?
            - Co masz na myśli? - zapytałam.
            - Pójdziesz ze mną na polowanie - odpowiedział, jak gdyby nigdy nic.
            - Żartujesz sobie?! Ja... Ja się nie nadaję. Kompletnie nie wiem, co robić, ani nic - tłumaczyłam się. Alex zbył mnie machnięciem dłoni.
            - Nic nie będziesz musiała robić. Chcę, abyś poszła ze mną. Popatrzysz, posłuchasz. Założę się, że żyjąc w wiosce nigdy nie widziałaś lasu o poranku.
            - Mieszkam tuż przy lesie.
            - To nie to samo.
            - Właśnie, że tak.
            - Wcale nie. Chodź ze mną, żebym mógł ci udowodnić, że mam rację - chłopak uśmiechnął się zawadiacko.
            - Ehh. Dobrze - odparłam, czując, jak drgnęły mi kąciki ust.
            - Weź to - powiedział Alex, podając mi ciemnozieloną pelerynę z grubego płótna. - Jak mówiłem, na dworze jest chłodno.
            - Skąd wiesz? Przecież jeszcze nie wychodziłeś.
            - Skoro pada deszcz, na logikę można stwierdzić, że powietrze będzie wilgotne, w związku z czym, nie ma co liczyć na ciepły poranek.
            - Sprawiasz wrażenie osoby, która doskonale zna się na tym, co mówi.
            - To się nazywa doświadczenie, którego tobie chyba w tym temacie brakuje - zripostował Alex, uśmiechając się ironicznie. Wydęłam wargi, w geście oburzenia, zaraz jednak na mojej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech, bowiem chłopak wyciągnął dłoń i zapytał:
            - Idziemy?
            - Idziemy - przytaknęłam, delikatnie biorąc go za rękę. Byłam zdumiona tym, jak nasze dłonie do siebie pasują. Jego dłoń była ciepła i silna, moja - chłodna i taka drobna. Ogarnęło mnie niesamowite uczucie, coś między niedowierzaniem, a bezgranicznym szczęściem. Chwilę później, Alex zarzucił kołczan na plecy, w jednej ręce trzymał łuk, w drugiej zaś, moją dłoń. Oboje, z uśmiechem na ustach, opuściliśmy ciepły dom, wychodząc w poranną mgłę.
            Kiedy poczułam zimne krople deszczu na policzku, pospiesznie nałożyłam kaptur. Szliśmy wąską ścieżką, która zaczynała się za domkiem Alex'a i ciągnęła w głąb lasu. Na trawie wokół nas widać było srebrzyste krople rosy, a niebo miało szarą barwę. Póki co, nigdzie ani śladu słońca.
             - Dokąd my tak właściwie idziemy? - zapytałam, co chwilę potykając się o wystające z ziemi korzenie.
             - Do wodospadu. Zbliża się południe. O tej porze można tam spotkać większą zwierzynę, niż nad strumieniem.
             - Nie wiedziałam, że w tym lesie jest wodospad.
             - Jeszcze o wielu rzeczach nie wiesz, Liv - chłopak niespodziewanie puścił moją rękę i odskoczył w bok. Skrzywiłam się, zdziwiona jego zachowaniem.
             - Alex, czy mógłbyś mi łaskawie wyjaśnić... - wtedy poczułam, jak coś oplata moją prawą kostkę, a sekundę później wisiałam dobrych parę metrów nad ziemią, głową w dół. Zaczęłam się szamotać.
             - ... jak się z tego wyplątać? - dokończył za mnie, nie mogąc opanować śmiechu. Przez chwilę chciałam do niego dołączyć, ale szybko zrezygnowałam z tego pomysłu, biorąc pod uwagę, że on doskonale wiedział o tej pułapce i mnie nie ostrzegł. Ba, on mnie wręcz na nią naprowadził!
             - Grrr. Po prostu mnie stąd zdejmij - warknęłam poirytowana. Alex wyciągnął zza pasa mały nóż, a następnie wszedł na głaz, znajdujący się przy wysokim drzewie. Sprawnym ruchem przeciął linę, przymocowaną do gałęzi. Wrzasnęłam, lecz mój głos prędko stłumiła leśna ściółka, na którą boleśnie upadłam. Podniosłam się niezdarnie, otrzepując ubranie z ziemi.
             - Świnia - prychnęłam w jego stronę, po czym zaczęłam się od niego oddalać.
             - Na twoim miejscu nie używałbym takich zwrotów w stosunku do mnie, chociażby dlatego, że mi wystarczy parę sekund, aby stąd niepostrzeżenie zniknąć i cię zostawić. A tego chyba byś nie chciała - rzekł spokojnie. - Poza tym, wodospad jest tam - wskazał niewielkie wzniesienie za swoimi plecami. Zacisnęłam zęby i zawróciłam, ze wszystkich sił powstrzymując się, żeby się na niego nie rzucić.
             - Gdybym mogła, udusiłabym cię teraz gołymi rękami - wycedziłam, przewiercając go wściekłym spojrzeniem.
             - Słuszna uwaga. Gdybyś mogła, ale ty niestety nie możesz, bo beze mnie jesteś w tym lesie całkowicie bezbronna i z każdej strony narażona na niebezpieczeństwo - Alex uśmiechnął się z wyższością, a ja zacisnęłam palce w pięści, dosłownie kilkanaście centymetrów od jego szyi.
             - Ty.. Ty.. Ty... Aghhh! - odsunęłam się od niego z naburmuszoną miną. Właśnie zamierzałam kontynuować naszą drobną sprzeczkę, kiedy chłopak pchnął mnie na ziemię i położył mi palec na ustach.
             - Ciiii - szepnął. - Posłuchaj - nakazał, kucając nade mną. Nasłuchiwałam, choć nie do końca wiedziałam, jakiego dźwięku mam oczekiwać. Wtedy, ze skalnej półki nad nami zeskoczył ogromny jeleń, a za nim podążyły inne, trochę mniejsze. Otworzyłam szeroko oczy. Jeszcze nigdy nie widziałam na żywo aż tylu tych zwierząt.
             - Skąd wiedziałeś...?
             - Czujność - podstawowa umiejętność łowcy. Zostań tu i obserwuj. I pod żadnym pozorem się nie odzywaj - skinęłam głową na znak zgody, po czym usadowiłam się wygodniej we wnęce pod głazem. Alex przykucnął, napinając mięśnie, a chwilę potem już go nie było. Nawet nie zauważyłam, kiedy to zrobił. Zniknął. Tak po prostu. Znowu. I wtedy go zobaczyłam. Ciemny kształt przemykający bezszelestnie między krzewami, który znikał, gdy natknął się na cień drzewa. Jak kameleon, znikał i pojawiał się, z prędkością, która czyniła go niezauważalnym dla ludzkiego oka. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, jak on to robi. Nagle, ni stąd, ni zowąd, powietrze przeszył świst, a potem drugi i jeden z jeleni padł na trawę, płosząc wszystkie pozostałe. Drgnęłam niespokojnie, choć doskonale wiedziałam, że nie mam się czego bać. Odczekałam chwilę, a następnie wstałam i podeszłam do martwego zwierzęcia. Nie zdziwiłam się, widząc drzewce strzały, wystające z jego boku i szyi.
              - No to mamy śniadanie - powiedział Alex, podchodząc do mnie bezszelestnie.
              - To okropne - stwierdziłam, wskazując na białe lotki strzał, które teraz pokryte były rubinową krwią jelenia.
              - Cóż, owszem. Jeśli cię to pocieszy, to mogę ci tylko powiedzieć, że to nie ty będziesz go obdzierać ze skóry - powiedział chłopak z niesmakiem, biorąc jelenia za przednie racice. Skrzywiłam się, ale bez słowa złapałam zwierzę za tylną parę nóg i podniosłam do góry.
              - Świetnie. Teraz możemy wracać - rzekł chłopak, uśmiechnięty od ucha do ucha.
              - Tak... Świetnie - mruknęłam, a obrzydzenie na mojej twarzy wspaniale ukazywało, jak bardzo udzielił mi się entuzjazm mojego heroicznego łowcy...

           

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział 7

         


         Obudził mnie głośny przerywany dźwięk, dobiegający zza okna. Przetarłam oczy. To tylko deszcz.
         - Dzień dobry - usłyszałam. Alex patrzył na mnie z lekkim uśmiechem. Odwzajemniłam go. Chłopak miał jeszcze zamglone oczy i potargane włosy.
         - Hej - odparłam. - Słodko wyglądasz.
         - Tak? - zdziwił się. - Za to ty wyglądasz, jakbyś przeszła przez sam środek huraganu... - spojrzałam na niego spode łba, lecz on uśmiechnął się szerzej i przyciągnął mnie do siebie.
         - Ekhem, czy przyjaciołom wypada zachowywać się w ten sposób? - zapytałam, nagle skrępowana jego bliskością.
         - Co konkretnie masz na myśli?
         - Yyy... No ten... Chyba nie powinniśmy leżeć tak blisko siebie... - szybko odwróciłam głowę, czując jak moje policzki płoną ze wstydu.
         - Cóż, gdybym chciał podejść do tego według twojego założenia, nie powinniśmy także spać w jednym łóżku, co w naszym przypadku zdarzyło się już dwukrotnie.
         - No, tak, ale... Skoro jesteśmy przyjaciółmi, to nie wypada nam... - zaczęłam, choć sama nie wiem, po co mówię mu to wszystko. On najwyraźniej mnie rozgryzł, bo zaśmiał się cicho, po czym pokręcił głową z rezygnacją.
         - Liv, zabiłem wilka, który właśnie zamierzał się na ciebie rzucić, przyniosłem cię w nocy, ledwo żywą, do mojego domu i przespałem resztę nocy, bez koszulki, z tobą w ramionach. Gdybym wtedy chciał się zastanawiać, co mi wypada, a co nie, ty byłabyś już martwa - popatrzył na mnie wymownie, a ja wiedziałam, że nie mogę mu zaprzeczyć.
         - Poza tym, czy naprawdę masz mnie aż tak dość, żeby moja bliskość ci przeszkadzała?
         - No... Nie.
         - Więc co ci jeszcze nie pasuje?
         - Już nic... - mruknęłam. W tej chwili zrozumiałam, że nie wygram z nim żadnej potyczki słownej. Chłopak westchnął, jakby z rozczuleniem.
         - Och, Liv... Gdybyś tylko wiedziała, o ile lżej mi na sercu, ze świadomością, że leżysz tu bezpieczna ze mną, a nie w więzieniu tej kobiety, do której wczoraj szłaś - wyznał. Poczułam nieprzyjemny ścisk w gardle. To coś, jakby... poczucie winy. Czułam się winna, nie wiedziałam tylko, dlaczego.
         - Przepraszam - jęknęłam. To jedno słowo zburzyło mur, którym usiłowałam odgrodzić się od Alex'a, wszystkie emocje po prostu ze mnie wypłynęły.
         - Nie przepraszaj. Nie masz za co.
         - Mam. Właśnie, że mam. Cały czas zachowuję się, jak kompletna idiotka, odsuwam się od ciebie, a przecież nic złego mi nie zrobiłeś. Źle zrobiłam, że wtedy na ciebie nakrzyczałam, nie chciałam rozstawać się z tobą w gniewie. I teraz znowu, nie pasuje mi, że leżysz tak blisko, że nie masz na sobie koszulki, nie pasuje mi, że ciągle jesteś dla mnie taki miły, bo wiem, że na to nie zasługuję! - ostatnie zdanie wręcz wykrzyczałam w jego stronę. Z ulgą wypuściłam powietrze. Czułam się teraz taka mała, bezbronna, nic nie warta. Kogo ja chcę oszukać? Jego? Czy samą siebie? Bo póki co, wychodzi na to, że moje uczucia nieco wymykają się spod kontroli.
         Zapanowało między nami dziwne milczenie. Alex patrzył na mnie, w niepohamowanym zdumieniu, a w jego oczach kryła się niepewność. Chciałam wiedzieć, o czym myśli. Albo raczej, jak odebrał moje wyznanie.
          - Liv... Ja... Być może się mylę, ale powiedz mi, czy w twoich słowach kryje się jakieś drugie dno? Bo mam wrażenie, że jest coś, co męczy cię od jakiegoś czasu, a ty nie masz pojęcia, co z tym zrobić. Nie jest tak?
          - Jest.
          - Powiesz mi, co cię trapi?
          - Nie wiem.
          - Wiesz, Liv. Tylko się tego boisz. Boisz się prawdy, więc przeczysz sama sobie, ubierając ją w barwne słowa, które zasłaniają ją kłamstwem. Powiedz mi prawdę, Olivio. Chciałbym umieć ci pomóc.

          - Ehh. Alex, ja sama nie wiem, co czuję. Jak mam ci cokolwiek powiedzieć, skoro nie jestem nawet pewna swoich uczuć? Nie chcę wprowadzić cię w błąd.
          - Nie zrobisz tego. Ale, kiedy już będziesz pewna, dasz mi znać?
          - Jasne - wymusiłam na sobie delikatny uśmiech.
          - To dobrze. A czy teraz mogę cię o coś prosić? - zapytał.
          - Oczywiście, że możesz. Głupie pytanie.
          - Jak uważasz. W każdym razie, proszę cię, abyś zapomniała o przeszłości. Zapomnij o tej rozmowie, o wydarzeniach sprzed dwóch dni. Zapomnij. Ciesz się dniem dzisiejszym, żyj chwilą. Okej?
          - Postaram się. Pod warunkiem, że mi pomożesz - ugryzłam się w język. Po co się odzywasz? Po co dajesz temu chłopakowi nadzieję, skoro wiesz, że i tak nic z tego nie będzie? Odpuść sobie, no odpuść!
          - Mam ci pomóc? Jakim sposobem? - spytał, niezrażony.
          - Będziesz przy mnie. I już nigdy mnie nie opuścisz. Obiecaj - poprosiłam, zanim zdążyłam przygryźć dolną wargę. Za późno.
          - Nie - odparł. - Nie zamierzam ci nic obiecywać. Obietnicę łatwo jest złamać. Przysięgam, że już zawsze będę przy tobie. A ze mną, zawsze będziesz bezpieczna. Przysięgam, na moje życie - powiedział z naciskiem, przykrywając moją dłoń swoją.
          Uśmiechnęłam się niepewnie. Jeszcze nikt nigdy nie zobowiązał się, by mnie chronić, nawet za cenę własnego życia. Zwłaszcza za taką cenę. Poczułam, jak przyjemne ciepło wypełniło moje serce. A wraz z nim, pojawiła się nadzieja. Nadzieja, na lepsze jutro. Może nie muszę się ukrywać przed Alex'em. Może nasze uczucia wcale się tak bardzo od siebie nie różnią...

          

piątek, 20 grudnia 2013

Rozdział 6

              


              Idąc wąską ścieżką myślałam o tym, co dziś usłyszałam.Wszystkie informacje powoli zaczęły do mnie docierać. Alex bał się przebywać w pobliżu dworku, bo moja ciocia na niego polowała. To dlatego rano był taki przygnębiony. Ja na jego miejscu też bym taka była, chyba nawet gorsza. Gdybym się dowiedziała, że ktoś z jego rodziny na mnie poluje, od razu zerwałabym z nim kontakt i uciekła, tak daleko, jak to tylko możliwe. Och. Właśnie z całą mocą dotarło do mnie, na jakie niebezpieczeństwo naraził się Alex, odprowadzając mnie pod dom ciotki. To mogła być jego ostatnia wędrówka. Mimo to, nie odwrócił się ode mnie. Owszem, uciekł, bo nie miał innego wyjścia. Dla mnie, to oznaczało poświęcenie.
              Zamknęłam oczy i wzięłam kilka głębokich oddechów. Byłam mu naprawdę wdzięczna, na swój własny sposób. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę miała okazję, by mu podziękować. Lecz kiedy tak się stanie, udzielę mu odpowiedzi na pytanie, którego wcześniej nie zdążył mi zadać. Zastanawiał się... Wiem, nad czym. I wiem, co mu odpowiem, gdy tylko go spotkam. "Tak, chcę".
             Jesienny wiatr poruszył liśćmi na drzewach, a ja nagle poczułam się bardzo samotna. Sama, w tym wielkim tajemniczym lesie, bez nikogo, kto mógłby mnie obronić. Chciałam, żeby on tu był. Żeby wziął mnie za rękę i otoczył ramieniem. Chciałam poczuć się bezpiecznie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam płakać. Oparłam się o gruby pień drzewa, a gorące słone łzy spływały mi po policzkach. Nie wiem, ile to trwało. Może godzinę, może dwie. Potem odpłynęłam, bo nie pamiętam, co się działo dalej.
             Mój błogi sen przerwał jakiś dźwięk. Przetarłam oczy. Struchlałam, gdy zorientowałam się, w jak beznadziejnym położeniu się znajduję. To było wycie wilka. Co gorsza, słyszałam je coraz bliżej. Wokół mnie było tylko parę drzew, na które mogłabym się wspiąć, lecz strach paraliżował moje ruchy. Stanęłam więc na równych nogach, oparłam plecami o drzewo, pod którym usnęłam i czekałam. Chwilę później z pobliskiego gąszczu wyłonił się ogromny szary wilk, z żółtymi oczami. Na jego widok zawirowało mi w głowie. Upadłam, czując, jak tracę w przytomność. Ostatnim, co zobaczyłam, było bezwładnie padające ciało wilka i ruch czarnej peleryny przed moją twarzą. Potem nastała ciemność.
              [...] Biegłam. Uciekałam przed goniącym mnie zwierzęciem, choć wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans na przeżycie. Drapieżnik i tak mnie dorwie i zagryzie [...]
              Krzyknęłam, gwałtownie otwierając oczy. Wtedy poczułam, jak czyjeś silne ramiona zaciskają się wokół mnie. Gdy spojrzałam na ich właściciela, moje serce ogarnęła niesamowita ulga.
              - Alex... - szepnęłam, wtulając się w niego. Pogładził mnie delikatnie dłonią po policzku.
              - Spokojnie, jestem przy tobie. Nie bój się.
              - Ja... Miałam koszmar... - jęknęłam, a łzy same popłynęły mi z oczu. Alex lekko otarł je kciukiem.
              - Wiem. Ale to tylko sen. Już jesteś bezpieczna, nic ci nie będzie - powtarzał kojącym głosem. - Śpij, Liv. Porozmawiamy rano.
              Leżałam wtulona w jego nagi tors, objęta jego ramionami. Było mi ciepło i przyjemnie. I po raz pierwszy tej nocy, naprawdę czułam się bezpiecznie. Mój Anioł Stróż właśnie leżał obok mnie.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witajcie ;) Mam nadzieję, że rozdział się podobał ;p Sorry, że tyle nie dodawałam, ale było dużo nauki i testy próbne, więc.. No żywcem się nie dało :D Następny pojawi się może za kilka dni ;)